Złodziej czasu (Świat Dysku, tom XXVI)

Główni bohaterowie: Susan Sto Helit, Śmierć, Mnisi Czasu
Miejsce akcji: Ankh-Morpork, Ramtopy
Temat satyry: czas
Data wydania oryginalnego: 2001 r.
Data wydania w Polsce: 2007 r.

Złodziej czasu (ang. Thief of Time) – humorystyczna powieść fantasy Terry'ego Pratchetta, wydana w 2001 r. Jest to dwudziesta szósta część długiego cyklu Świat Dysku. Jako ostatnia ma na okładce grafikę Josha Kirby'ego. W Polsce książka ukazała się 11 września 2007 r. nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka (ISBN 83-7469-576-3). Jest to piąta część podcyklu o Śmierci.

Audytorzy Rzeczywistości (znani miłośnikom cyklu z Kosiarza i Wiedźmikołaja) namawiają młodego zegarmistrza, aby wykonał zegar idealny. Nie mówią mu jednak, że w ten sposób zostanie uwięziony dyskowa pani Czas (kolejna antropomorficzna personifikacja). Śmierć odkrywa plan Audytorów, ale ponieważ nie może przeciwdziałać sam, powierza tę misję swej wnuczce, Susan Sto Helit. W tym samym celu do Ankh-Morpork wybiera się dwóch Mnichów Historii...

Garść cytatów z książki:

Jeśli dokona złego wyboru, ten upadek będzie kontynuowany. Do tej chwili był całkiem łatwy. Dopiero ostatnie kilka cali okaże się śmiertelnie trudne.

- Należymy do najtajniejszego związku, jaki możesz sobie wyobrazić.
- Naprawdę? A kim jesteście?
- Mnichami historii.
- Co? Nigdy o was nie słyszałem!
- Sam widzisz jacy jesteśmy dobrzy.

- To dlatego że nie potrafisz jeszcze radzić sobie z czasem - odparł Wen. - Ale nauczę cię używać czasu tak samo, jak używasz płaszcza: nosisz, gdy to konieczne, a odrzucasz, kiedy nie potrzebujesz.
- Czy będę musiał go prać? - zapytał Mulisty Staw.
Wen przyjrzał mu się z uwagą.

- To było albo bardzo skomplikowane przemyślenie z twojej strony, Mulisty Stawie, albo usiłowałeś rozciągnać metaforę w raczej głupawym kierunku.

Zgasił też papierosa i wetknął niedopałek za ucho. Znał opata już prawie sześćset lat i szanował go. Niewielu było takich, których Lu-tze szanował. Większość mogła liczyć tylk na tolerancje.

Madame Frout niezbyt dobrze radziła sobie z dyscypliną. Może właśnie dlatego stworzyła metodę, która żadnej dyscypliny nie wymagała. Zwykle polegała na przemawianiu do ludzi radosnym głosem, dopóki nie ustępowali z czystego zakłopotania jej zachowaniem.

WSZYSTKO, CO ZASZŁO, POZOSTAJE ZASZŁE.
- Co to za filozofia?
JEDYNA, KTÓRA DZIAŁA.

Jeden z wcześniejszych panów Igora zbudował kiedyś titaktora, całego z dźwigni, kółek zębatych, korb i przekładni. Ten stwór zamiasta mózgu mial długą taśmę z dziurkami, zamiast serca - wielką sprężynę. Jeśli wszystko w kuchnni było bardzo starannie ułożone, potrafił zamieść podłogę i zrobić filiżankę znośnej herbaty. Jeśli wszystko nie było starannie ułożone, brzęczący, tykający stwór zdzierał tynk ze ścian i robił filiżankę wściekłego kota.

- Czemu to zrobił?
- No wiesz.. Mieszkal w wielkim starym zamku na skale w Überwaldzie. Tacy ludzie nie potrzebują innych powodów niż "bo mogę". Mają koszmarny sen, a potem usiłują go zrealizować.

Śmierć znalazł Zarazę w hospicjum w Llamedos. Zaraza lubił szpitale. Zawsze miał w nich coś do roboty.
W tej chwili próbował usunąć znad pękniętej umywalki tabliczkę "Umyj ręce!"

- Kiedy będziesz w moim wieku, zaczniesz zauważać, co jest na niebie - odparł Lu-tze. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Zaczniesz się martwić, że to może sępy.

Igor otworzył, zanim ktoś zastukał po raz drugi. Igor może napełniać ziemią trumny w piwnicy albo na dachu ustawiać przewodnik błyskawic, ale przybysz nigdy nie musi pukać dwa razy.

Wojna źle się układała dla słabszej strony. Ich pozycje były źle wybrane, taktyka nieprzemyślana, strategia beznadziejna. Armia Czerwona posuwała się naprzód na całej szerokości frontu, rozczłonkowując uciekające resztki batalionów Czarnych.
Na tym trawniku było miejsce tylko dla jednego mrowiska..
Śmierć odszukal Wojnę między źdźbłami trawy. Podziwiał jego dbałość o szczegóły. Wojna mial na sobie pełną zbroję, ale ludzkie głowy, które zwykle woził przytroczone do siodła, zastąpił głowami mrówek, razem z czułkami i całą resztą.

- Czy taki przeciętny mieszkaniec miasta boi się głodu?
- Nie. On myśli, że jedzenie rośnie w sklepie.

To nie była zwyczajna apokalipsa. Tych zawsze było sporo - małe apokalipsy, niekompletne apokalipsy, fałszywe apokalispy, apokryficzne apokalipsy. Większość z nich zdarzała się za dawnych czasów. Kiedy świat - w sensie "koniec świata" - często był obiektywnie nie bardziej rozległy niż kilka wsi i polana w lesie.
Wszystkie te małe światy się skończyły. Zawsze jednak istaniało jakieś "gdzie indziej". Przede wszystkim zawsze był horyznot. Przerażeni uciekinierzy przekonywali się, że świat jest większy, niż sądzili. Parę wiosek i polana? Ha, jak mogli być tacy głupi! Teraz wiedzieli, że to cała wyspa. Oczywiście, znowu ten horyznot...
Świat wyczerpał swoje horyzonty.

Nie masz nad nami władzy, oświadczył Audytor. Nie jesteśmy żywi.
ALE DEMONSTRUJECIE AROGANCJĘ, ZAROZUMIAŁOŚĆ I GŁUPOTĘ. TO EMOCJE. POWIEDZIAŁBYM, ŻE TO OZNAKI ŻYCIA.

Hipopotamy z daleka są wielkie i sympatyczne, ale z bliska są tylko wielkie.

Opat nie wydawał się zalękniony, ponieważ małe dzieci się nie boją i mogą zwymiotować na każdego.

- Jak dokładne są pańskie zegary?
- Poniżej sekundy na jedenaście miesięcy - poinformował natychmiast Jeremy.
- To bardzo dobra punktualność?
- Tak.
Rzeczywiście była bardzo dobra. Dlatego gildia okazała mu tyle zrozumienia. Geniuszowi zawsze pozwala się na pewną swobodę, kiedy już wyrwie mu się z rąk młotek i zmyje krew.

Jeremy się zakochał - całkiem nagle. Nie czuł takich emocji od dnia, kiedy zdjął tylną pokrywę z zegara w pokoju dziecinnym. Miał wtedy czternaście miesięcy.

To biurko jest uporządkowane.
Leży na nim stos książek i linijka.
W tej chwili jest tam również zegar zrobiony z tektury.
Panna Susan sięgnęła po niego.
(...)
- Kto mi powie, co to jest? - zapytała.
W górę podniósł się las rąk.
- Proszę, Mirando.
- To jest zegar, panno Susan.
Panna Susan się uśmiechnęła. Starannie ominęła wzrokiem rękę, którą wymachiwał w górze Vincent, wydając przy tym rozgorączkowane odgłosy "ooo, ooo, ooo, ooo", i wybrała chłopca siedzącego za nim.
- Prawie dobrze - stwierdziła. - Słucham, Samuelu.
- To jest tektura zrobiona tak, żeby wyglądała jak zegar - powiedział chłopiec.
- Zgadza się. Zawsze starajcie się zobaczyć to, co jest naprawdę.

Susan chwyciła kartkę i zmięła ją w kulkę. (...) Rzuciła kulkę do kosza. Nigdy nie chybiała. Czasem kosz się przesuwał, by nie chybiła.

A zresztą nie jestem szalony!
- To nie jeft obowiązkowe, fir.
- Mam nawet dokument, który stwierdza, że nie jestem, rozumiesz...
- Brawo, fir.
- Niewielu ludzi zdobyło coś takiego!
- Fczera prawa, fir.

Zaraz, zaraz. Jak można zabrać kawałek, no... jakiegoś dawnego wieku i doszyć go do współczesności? Czy nikt nie zauważy, że... - Susan zawahała się na moment. - No, że ludzie noszą nieodpowiednie pancerze, budynki są nietakie, jak być powinny, iż trwa wojna, która wydarzyła się przed wiekami?
WEDŁUG MOICH OBSERWACJI, SUSAN, WE WŁASNYCH GŁOWACH AŻ ZBYT WIELU LUDZI SPĘDZA MÓSTWO CZASU W SAMYM ŚRODKU WOJEN, KTÓRE WYDARZYŁY SIĘ WIEKAMI.

Perspektywa małżeństwa nigdy cię nie kusiła, staruszku? - zapytał Wojna.
NIE, ABSOLUTNIE. W ŻADNYM RAZIE.
- Dlaczego nie?
Śmierć zakłopotał się trochę. To jakby spytać mur z cegieł, co myśli o dentystyce. Takie pytanie nie miało sensu, więc je zignorował.

Żyję już trochę na tym świecie i zauważyłam, że jak kto ma w sobie dar by błyszczeć, to będzie błyszczeć nawet przez sześć warstw brudu, a ci, co błysku nie mają, błyszczeć nie będą, choćby ich nie wiem jak polerować.