Ruchome obrazki (Świat Dysku, tom X)

Główni bohaterowie: Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, Victor, Ginger
Miejsce akcji: Ankh-Morpork
Temat satyry: Hollywood
Data wydania oryginalnego: 1990 r.
Data wydania w Polsce: 2000 r.

Ruchome obrazki (ang. Moving Pictures) - humorystyczna powieść fantasy Terry'ego Pratchetta, wydana w 1990 r. W Polsce książka ukazała się po raz pierwszy w 2000 r. nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka (ISBN 83-7255-511-7). Jest to dziesiąta część długiego cyklu Świat Dysku, zaliczana do podcyklu "biznesowego".

Historia opowiedziana w tej książce dzieje się w Ankh-Morpork, największym mieście Dysku. Alchemicy (którzy siedzibę swojej gildii wysadzają średnio co miesiąc) odkryli przypadkiem celuloid i zaczęli produkować Ruchome Obrazki. Niedoszły mag Victor i Ginger zostają pierwszymi gwiazdami kina. Gardło Sobie Podrzynam Dibbler wyczuwając wielkie pieniądze przyjeżdża do Świętego Gaju (ang. Holy Wood) – zagłębia Ruchomych Obrazków i zaczyna taśmową produkcję hitów. Nic tak nie cieszy widza jak historia o Victorze, który ryzykując życie ratuje piękną Ginger z rąk dwóch przebranych trolli. Ruchome Obrazki zwracają na Dysk uwagę Stworów z Piekielnych Wymiarów – Cudowny Pies Gaspode musi ratować Świat.

Garść cytatów z książki:

Aha... seks (...) Za dużo tego w dzisiejszych czasach, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Całe życie jest jak oglądanie migawki, pomyślał. Tylko zawsze wygląda tak, jakby człowiek przyszedł o dziesięć minut spóźniony i nikt nie chce mu opowiedzieć o co chodzi, więc musi się sam wszystkiego domyślać.
I nigdy, ale to nigdy nie zdarza się okazja, żeby zostać na drugi pokaz.

– Czy mam złudzenia, czy ten mały pies umie mówić? – zapytał Dibbler.
– Twierdzi, że nie umie – odparł Victor.

(...) jest rzeczą bardzo ważną, by do egzaminu przystępować na trzeźwo. Wiele obiecujących karier w zamiataniu ulic, zbieraniu owoców, czy graniu na gitarze w przejściach podziemnych rozpoczęło się od braku zrozumienia dla tego prostego faktu.

– Jest bezużyteczny – dodała mysz.
– Jest zakochany – wyjaśnił Gaspode. – To trudna sprawa.
– Tak, wiem jak to jest – wyznał kot ze współczuciem. – Ludzie rzucają w ciebie butami i innymi rzeczami.
– Butami? – zdziwiła się mysz.
– We mnie zawsze rzucali kiedy byłem zakochany.
[...] – Przyglądałem się im – oświadczył pip [mysz]. Ona uważa go za idiotę.
– Oni nazywają to romansem.
– To ja już wolę buta. Przynajmniej wiem na czym stoję.

Jeśli ktoś potrafił stworzyć coś, co trwało jedynie przez ułamek sekundy, to nie znaczy, że zawiódł. To znaczy, że powinien powtarzać to raz po raz.

Jeśli nienormalne trwa dostatecznie długo, staje się normalnym.

Kreślenie map nigdy nie było na Dysku sztuką precyzyjną. Ludzie zwykle zaczynali pełni dobrych intencji, a potem tak bardzo dawali się ponieść różnym wielorybom z fontannami, potworom, falom i innym kartograficznym ozdobnikom, że często zapominali o zaznaczaniu jakichś nieciekawych gór czy rzek.

Legenda miała sporo do powiedzenia na temat Necrotelicomniconu, ale nie wspominała nic o orangutanach, które potrafiłyby podrzeć książkę na małe kawałeczki i przeżuć ją, nie dbając o żadne legendy.

Materace też bywają pełne życia, a nikt nie tworzy o nich sonetów.

Mieszkańcy Ankh-Morpork lubili nowości. Problem polegał na tym, że nie lubili ich zbyt długo.

Mózg w normalnych warunkach rozbrzmiewa echem najrozmaitszych błędnych myśli starających się zwrócić na siebie uwagę. Dopiero prawdziwe zagrożenie skłania je do milczenia.

Musi być dosyć światła, żeby przy nim widzieć ciemność.

Nad Świętym Gajem świeciły gwiazdy. Były to ogromne kule wodoru, rozgrzane do milionów stopni, tak gorące, że nie mogły się nawet palić. Wiele z nich miało powiększyć się wielokrotnie przed śmiercią, a potem skurczyć do maleńkich, urażonych karłów, pamiętanych jedynie przez sentymentalnych astronomów. Tymczasem jednak błyszczały dzięki metamorfozom będącym poza zasięgiem alchemików i zmieniały zwykłe, nieciekawe pierwiastki w światło.

Nadrektor przycisnął przepełnioną popielniczką róg mapy, grożącej zwinięciem się w rulon. Przejechał palcem po zakurzonej powierzchni.
– Tutaj piszą „Tu żyją smoki” – zauważył. – W samym środku miasta. Dziwne.
– To Słoneczne Schronisko dla Chorych Smoków lady Ramkin – wyjaśnił odruchowo kwestor.
– A tu napis „Terra Incognita”. Dlaczego?
Kwestor wyciągnął szyję.
– No... To chyba ciekawsza nazwa niż zaznaczenie mnóstwa farm kapusty.
– A tutaj znowu „Tu żyją smoki”.
– Myślę, że to zwykłe kłamstwo.

– Na przykład w języku agatejskim znaki „kobiety” i „niewolnika” napisane obok siebie oznaczaja „żonę”.

– O, mały piesek! Ucieszył się Detrytus. Lubię małe pieski.
– Hau.
– Na surowo – dodał troll.

O magii krąży wiele fałszywych poglądów. Ludzie opowiadają o mistycznych harmoniach, kosmicznej równowadze i jednorożcach które jednak wobec prawdziwej magii są tym czym drewniane kukiełki wobec Royal Shakespeare Company. Prawdziwa magia to dłoń na pile elektrycznej, to iskra rzucona w baryłkę z prochem, tunel podprzestrzenny łączący z sercem gwiazdy, ognisty miecz który płonął cały włącznie z rękojeścią. Lepiej żonglować pochodniami w smolnym dole niż zadawać się z prawdziwą magią. Lepiej położyć się na drodze tysiąca słoni.
Przynajmniej tak twierdzą magowie i dlatego właśnie żądają tak druzgocąco wysokich opłat za zajmowanie się czymś podobnym.

– Popatrz tylko [...] Ten człowiek był wariatem!
– Miał bardzo staranny umysł.
– Na jedno wychodzi.

Przysłowie mówi, że wszystkie drogi prowadzą do Ankh-Morpork, największego z miast Dysku.
W każdym razie przysłowie mówi, że istnieje takie przysłowie, które mówi, że wszystkie drogi prowadzą do Ankh – Morpork.
To nieprawda. Wszystkie drogi prowadzą z Ankh-Morpork, ale czasami ludzie podążają nimi w niewłaściwym kierunku.

(... ) robili to, z czym Nocna Straż radzi sobie najlepiej – pilnowali, żeby było im sucho i ciepło, i trzymali się jak najdalej od możliwych kłopotów.

Rzeczywistość nie jest cyfrowa, zero – jedynkowa, lecz analogowa. Jest czymś stopniowym.

Słowa ograniczają, czasami milczenie bywa wymowniejsze i zawiera w sobie więcej treści.

Trolle znają 5400 słów określających kamienie i tylko jedno na roślinność. Oograah oznacza wszystko, od mchu po gigantyczne sekwoje. Z punktu widzenia trolli, jeśli nie można czegoś zjeść, nie warto tego nazywać.

(...) Tylko niewielka grupka ocalała z katastrofy, by ponieść do barbarzyńskich plemion Dysku wszelkie sztuki i zdobycze cywilizacji, takie jak lichwa czy tkanie dywanów.

Victor nigdy w życiu nie pracował. Według jego opinii, posady to wypadki, jakie spotykają innych.

Victor kopnął coś, co potoczyło się w mrok
– Co to było? Szepnął przerażony.
Gaspode zniknął w ciemności i wrócił po chwili.
– To tylko czaszka.
– Czyja?
– Nie powiedział.

W Ankh nie da się łowić ryb; trzeba skakać po haczykach, żeby je zmusić do zanurzenia.

Wszystkie Księgi Mocy przejawiały własną, specyficzną naturę. Octavo było surowe i władcze. Grimoire Skuterów lubił płatać zabójcze psikusy. Radości Seksu Tantrycznego trzeba było trzymać w lodowatej wodzie.

Wysztarczy dać im przeciwsztawny kciuk, a już uważają się za czoś lepszego.

Wszystko wygląda na interesujące, dopóki człowiek nie zacznie tego robić. Wtedy przekonujemy się, że to praca jak każda inna. Założę się, że nawet taki Cohen Barbarzyńca wstaje rano myśląc: „No nie, kolejny dzień deptania moją ciężką stopą tronów wysadzanych klejnotami”.

– Wyglądają jakby umarli podczas migawki [szkielety]
– Owszem. Komedii – odezwał się biegnący przodem Gaspode.
– Dlaczego tak uważasz?
– Bo wszyscy szczerzą zęby.

– Zjedz rodzynkę oblaną czekoladą – zaproponował.
– Wyglądają jak szczurze bobki – zauważył kierownik katedry. Dziekan przyjrzał się im w mroku.
– To wyjaśnia sprawę – stwierdził. – Przed chwilą torebka upadła mi na podłogę i już wtedy pomyślałem, że jakoś za dużo ich zebrałem z powrotem.